niedziela, 19 czerwca 2016

Filmowo i romantycznie

Romantyczne uczucie rodzące się między średnio zamożnym synem mechanika, Davidem Elliotem (Alex Pettyfer) i pochodzącą z bogatej rodziny córką kardiologa, Jade Butterfield (Gabriella Wilde), które później przeradza się wielką miłość zdolną pokonywać różnice klasowe, jest przewidywalne, płytkie i oparte na nadmiernie melodramatycznych gestach, których nawet zakochana para nie bierze czasem na poważnie. On, radosny choć biedny, indywidualista i romantyk, nie żądający od losu wiele ponad miejsce do życia, pracę do zarabiania na to życie oraz wspaniałą kobietę do kochania i wielbienia. Ona, delikatna i subtelna, obrzydliwie bogata, lecz niezblazowana, otwarcie piękna choć uważana za „królową lodu”, złamana traumą po śmierci starszego brata, która sprawiła, że zamknęła się w sobie i potrzebuje kogoś, by pomógł jej uciec ze swego więzienia.

Ich historia jest jednostajna – jego poznajemy już zakochanego w niej od kilku ładnych lat, ona potrzebuje kilku ciepłych słów i pociągających spojrzeń, by zacząć odwzajemniać to uczucie – i nawet jeśli zdarza im się kilka razy pokłócić na ekranie, Shana Feste ani przez ułamek sekundy nie wprowadza do umysłu widza jakichkolwiek wątpliwości, że ta dwójka będzie ze sobą na wieki wieków. Co więcej, za każdym razem, gdy na ekranie dzieje się coś, co choćby minimalnie zaczyna wprowadzać nerwowe emocje lub mroczniejszy klimat, stojąca na straży niewinności i praworządności młodych ludzi reżyserka albo kasuje to jednym cięciem montażowym, albo każe bohaterom robić wszystko, by przywrócić na ekran przesłodzone emocje i lukrowany naiwnym melodramatem patos.

Z kolei ojcowie protagonistów to już zupełnie inna sprawa: to pełnokrwiste, skomplikowane postaci, których nie da się jednoznacznie ocenić, a które próbują (nieskutecznie) wyłamywać się z ram tej przesłodzonej opowiastki. Harry Elliot (Robert Patrick) to porządny facet, który popełnił jednak w życiu kilka znaczących błędów, więc starał się wychować swego syna w atmosferze liberalnej troski, przyglądając mu się z lekkiego dystansu i pozwalając chłopakowi brać życie we własne ręce. Kiedy jednak syn jest w potrzebie, zrobi dla niego dosłownie wszystko. Służy Davidowi za kogoś w rodzaju przewodnika, który zawsze ma w zanadrzu jakąś odpowiedź, jakkolwiek naciągana by się ona nie wydawała. Ostatecznie zostaje sprowadzony przez Feste do roli „ulicznego mędrca” biorącego wszystko na przysłowiowy chłopski rozum i w ten sposób stającego się uosobieniem idealnego ojca. Natomiast Hugh Butterfield (Bruce Greenwood) to zakochany w swojej pozycji społecznej i władzy elitarysta, który zatracił się w swojej pogoni za dobrym życiem, a po śmierci ukochanego syna postanowił, że przejmie całkowitą kontrolę nad swymi pozostałymi dziećmi, w szczególności jedyną córką. Hugh jest ostrym i nieprzyjemnym człowiekiem, który jednakże skrywa w sercu kłębowisko różnych emocji, nie potrafiąc znaleźć ukojenia nawet we własnej rodzinie. Od samego początku robi wszystko, żeby zagrodzić Davidowi drogę do Jade, próbuje go kompromitować, lekceważyć, wreszcie szantażować. Feste nie widzi w nim niestety potencjału dramaturgicznego, lecz idealnego filmowego złoczyńcę (autentycznie, brakuje tylko scen, w których błyskałby białkami oczu i wydawał z siebie szalony śmiech), który na końcu będzie mógł przejść nagłą charakterologiczną przemianę, zrozumieć swoje błędy i pobłogosławić swemu nowemu synowi.

Zdaję sobie sprawę, że już od jakiegoś czasu nie należę do grupy docelowej „Miłości bez końca”, ale mierzi mnie fakt powstawania tak miałkich filmów, które są sprzedawane jako „wspaniałe romanse dla nastolatków”. Pamiętam dość dobrze obrazy, które sam oglądałem w podobnym wieku i choć bywały one również siedliskiem kuriozalnych melodramatów i nadmiernie wyeksponowanych emocji, potrafiły równocześnie zainteresować charakterami bohaterów i ich przeżyciami. Film Shany Feste nie ma w sobie praktycznie żadnego rozwoju postaci, nie jest skażony żadną głębszą myślą, a zawarta na ekranie sinusoida emocjonalna, podstawowe narzędzie twórcy filmowego w manipulowaniu percepcją widza, jest tak nieznaczna, że miejscami w zasadzie nie istnieje. Co więcej, Feste korzysta z ram nie wyzbytych trudnych emocji powieści Scotta Spencera oraz jej filmowej adaptacji z 1981 roku wyreżyserowanej przez Franco Zefirellego (to właśnie z niej pochodzi przebój „Endless Love” Diany Ross i Lionela Richie), ale robi wszystko, by „Miłości bez końca” nie dało się odróżnić od tworzonych masowo kiczowatych filmów dla nastolatków, które sprzedają się tak doskonale, bo nie mają zbyt dużej konkurencji. Walentynki to idealny okres na wpuszczanie do kin mniej lub bardziej romantycznych filmów, które nie miałyby szans na dystrybucję w innym okresie roku. W związku z tym „Miłość bez końca” Shany Feste może spodobać się co bardziej emocjonalnie usposobionym nastolatkom, ale raczej nikomu więcej.

"W liceum zawiera się przyjaźnie na całe życie."


"- Dam Ci radę (...) miłość jest cudowna, ale nie załatwia problemów, gdy w grę wchodzi ubezpieczenie, rachunki i zupełnie nieromantyczny kredyt hipoteczny.
- Wiem o tym, kiedyś się tym zajmę, ale najpierw zaczekam na miłość, bo to ona jest najważniejsza. Widziałem jak toczy się życie, gdy jest w nim miłość i gdy jej nie ma (...). Ja też szukam prawdziwej miłości, takiej o którą się walczy, dla której wszystko się poświęca, która sprawia, że stajemy się lepsi, chcę znaleźć swoją drugą połówkę, będzie dla mnie wszystkim."


Uwielbiam romantyczne film,a tym bardziej na podstawie książek.
,,Miłość bez końca"znalazłam przypadkiem,szukając ciekawego filmu do obejrzenia w niedzielne popołudnie. Zakochałam się w tym filmie,jest cudowny i daje wiele do myślenia.
Postawa ojca Jade mnie denerwowała,chciał chronić córkę przed prawdziwą miłością .A sam nie był święty.
Reszta idealna!!


"Jeśli pisana wam wspólna przyszłość, kiedyś się odnajdziecie, jeśli nie, pewnego dnia obudzisz się i odkryjesz, że już o niej nie myślisz, wtedy będziesz wolny."


"Kochasz ją? To walcz o nią, a ja będę z Ciebie dumny."


"Moja pierwsza miłość okazała się tą jedyną, taką, której się nie odrzuca, od której się nie ucieka i której się pragnie. Tak wielką i mocną, że nigdy się nie kończy, nigdy nie blaknie, nigdy się nie nudzi. Taką, o którą się walczy, bo takich chłopaków nie wypuszcza się z rąk."










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Powrót

Cześć właśnie wróciłam 4 tygodniowej rehabilitacji dzisiaj pokaże wam przeczytane książki :) ,,Wielbiciel" To książka zaled...